Liturgia Słowa:
Mdr 11, 22-12,2; Ps 145, 1-2.8-9.10-11.13cd-14; 2 Tes 1, 11-2,2;
Łk 19, 1-10
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A
był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo
bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z
powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na
sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus
przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź
prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z
pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do
grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto
połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam
poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego
domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i
zbawić to, co zginęło.
Komentarz
Czy ja chcę „zobaczyć Chrystusa”?
czy czynię wszystko, żeby „móc Go zobaczyć”? Ten problem, po dwóch tysiącach
lat, jest aktualny jak wtedy, kiedy Jezus przechodził przez miasta i wioski
swojego kraju. Jest to problem aktualny dla każdego z nas osobiście: czy chcę?
Czy naprawdę? A może raczej unikam spotkania z Nim? Wolę nie widzieć Go i wolę,
żeby On mnie nie widział? Wolę Go widzieć z daleka, nie zbliżając się zbytnio,
nie podsuwając się pod Jego oczy, aby nie zobaczyć zbyt wiele…, aby nie musieć przyjąć
całej prawdy, którą jest On, która pochodzi od Niego – od Chrystusa?
Bł. Jan Paweł II